Jan Krajczyk stał się ofiarą machiny urzędniczo-medycznej. Przez osiem lat przebywał w szpitalu psychiatrycznym na przedłużającej się obserwacji psychologicznej.  Wina się rozkłada - na sąd, na obrońcę, na biegłych sądowych i lekarzy. Dzięki interwencji dziennikarzy Pulsu Dnia Prezes Sądu w Barczynie zlecił kontrolę tego szpitala. Okazuje się, że sąd ma do tego prawo, skoro kieruje tam ludzi do detencji…

Mężczyzna nie był lubiany przez sąsiadów, nie miał powodzenia wśród kobiet, a ostatecznie wpadł w alkoholizm. Kolejne rozstanie nasiliło chęć sięgnięcia po butelkę, a zapalając papierosa przypadkowo zaprószył pożar w stodole. Sąsiedzi zeznali, że zamierzał spalić całą wieś. Został uznany za podpalacza i trafił na obserwację psychologiczną.

Szpital czy więzienie?

Jego obserwacja psychologiczna trwa już osiem lat. Zdesperowany mężczyzna nieraz próbował uciekać ze szpitala, a nawet popełnić samobójstwo. Znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Jego los był gorszy, niż większości więźniów – nie mógł wyjść nawet na spacer. A co gorsze, nie wiedział kiedy skończy się jego „odsiadka”… W jego papierach co pół roku pojawiała się taka sama notatka  – według opinii biegłych i lekarzy miał stany depresyjno-maniakalne i stanowił zagrożenie dla innych ludzi. W rzeczywistości nikt go nawet nie badał.

Koniec gehenny?

Interwencja dziennikarzy Pulsu Dnia sprawiła, że mecenas Jana Krajczyka postanowił przyjrzeć się tej sprawie ponownie. Dzięki temu Prezes Sądu w Barczynie zlecił kontrolę szpitala.

- Mój klient, pan Krajczyk, był leczony w sposób skandaliczny. Są uchybienia w dokumentacji. Planuję złożyć doniesienie do prokuratury na trwający tu od lat proceder wyniszczania pacjentów detencyjnych. - powiedział mecenas Jana Krajczyka tuż po przeprowadzonej kontroli.

Dzięki temu istnieje bardzo duża szansa, że Jan Krajczyk wkrótce wyjdzie na wolność. Zanim to się stanie, uzyskał zgodę na przepustkę. Niestety, utraconych ośmiu lat nikt mu nie zwróci.